Myśli własne i obce
Wiersze
Proza
Varia

Ważne informacje

Strona została przeniesiona na "swobodasandecka.ml". Aktualna niedługo wygaśnie.
Felieton Swobody


Spod lasa



Naród niegotowy

Trwa dyskusja o pomniku Lecha Kaczyńskiego. Dziennikarze mówią: to temat polityczny. No, może… jak się postarać…

Lech Kaczyński był w latach chłopięcych Jackiem czy może Plackiem z filmu dla dzieci. Powiedzmy, że był aktorem-naturszczykiem. Skądinąd jeśli już stawiać pomniki młodym aktorom, którzy się potem przebranżowili, to ja bym postawił pomnik Markowi Kondratowi. Na Muranowie, gdzieś na Nowolipkach. Nowolipki kulturalna ulica. Kiedyś były „Dziewczęta z Nowolipek”, potem „cud” w kościele na Nowolipkach. A za czasów Gomułki Marek tam grywał w podwórkową piłkę. No ale Marek jeszcze żyje, oby długo i radośnie, więc ja mu pewnie postawić niczego nie zdążę… ale Wy, młodzi, co to macie „z żywymi naprzód iść”, a nie w durnia grać, pewnie Markowi pomniczek machniecie. Chociażby za „Dzień świra”. Chociażby za „Zaklęte rewiry”. Zresztą sami będziecie wiedzieć, za co, gdyby przyszło do tematu.

Ten Towarzysz Wiesław (Gomułka) mi się przypomniał, bo właśnie przeczytałem świetną, subiektywną historię PRL-u, wydaną chytrze jako wywiad z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem. Nie sądzę, żeby się prawicy podobała, więc tym bardziej mnie się podoba, szczególniej profesor Modzelewski. Wywiad ma tytuł „Polska Ludowa”. Czasy młodości: mojej, Marka, a także tych dwu, co ukradli księżyc, a jeden z tego czerpie do dzisiaj. Na razie pomnik ma mieć sympatyczniejszy bliźniak z tych dwu. Co będzie później? Zabraknie cokołów. Trzeba będzie opróżniać te obecnie zajęte. Gdzie stoi Norwid, zdjąć (w Łazienkach Królewskich). Gdzie Prus, zdjąć (na Krakowskim Przedmieściu, bezczelny!) Gdzie książę Poniatowski, zdjąć (też, cholera, na Krakowskim…) zdjąć! zdjąć! Opróżnić cokoły!

Cała ta próba nadania katastrofie komunikacyjnej znamion śmierci dla ojczyzny nie jest tylko wulkanem egoizmu. Może w niej być inna pestka. Są tacy, co by chcieli, aby naród jeszcze raz wystąpił w roli heroicznej. W roli – powiedzmy – Hektora, syna króla Priama, hę? Naród trzeba zniewolić do wielkości. Nie chce? To siłą go zapędzić pod Maciejowice, Olszynkę Grochowską, do powstania warszawskiego. Lepiej pęczkami ginąć niż odchodzić na demencję starczą. Lepiej nawet zginąć za młodu (płeć obojętna) niż wiosłować na galerach. W galeriach handlowych. W taniutkiej zupie. Teraz zastanówmy się, czy ten zamiar może się powieść w dawnej Galicji. W świecie pana radcy, piszyngera i dorożki. Próbował pomóc w realizacji zamiaru ksiądz kardynał Stanisław Dziwisz. Ustąpił Wawelu, zrobił miejsce obok Poniatowskiego, Kościuszki, Piłsudskiego…

W sąsiedztwie Lech Kaczyński. Jeśli patrzy z góry, musi czuć groteskowość swojego ułożenia. Chodzą do niego comiesięczni żałobnicy. Trudno odmówić chodzącym uporu. Budują pomnik na piasku, sypiącym się z klepsydry. Budują – z resentymentu. Na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie brat zajmuje się wieszczeniem. Że już… już… naga prawda się objawi.

Najładniejszą nagą prawdą była w moim teatralnym życiu Joanna Pacuła w finałowej scenie dramatu „Operetka” Witolda Gombrowicza. Zdrowa dziewczyna spod Lublina (że zrymuję) świetnie się wystawiała bez majtek. Po paru latach w Ameryce jakoby zapomniała polskiego języka. Może rzeczywiście? Zabawa z językiem to zajęcie dla sapera. Lub satyryka.

Czy płynie z tego jakiś wniosek? Dla mnie może taki, żeby się nie spieszyć publicznie do nagiej prawdy. Żeby zanadto nie liczyć na Amerykę. Wniosek, że wolę Gombrowicza. Pamiętacie film „Pornografia” Kolskiego – właśnie na kanwie powieści Gombrowicza, skądinąd Witolda? Świetny film, z czasów jakiejś wojny. Bodaj drugiej światowej. Wojna trwa, ostatnio znów w Puszczy Białowieskiej. Przypomnijmy: podczas I wojny światowej Niemcy wycięli 4,5 miliona metrów sześciennych drewna. Po wojnie chroniony był tylko niewielki fragment puszczy – park natury, stworzony zresztą przez Niemca, Hugona Conwentza. Podczas II wojny i po niej wycinał drzewa głównie Stalin, który też kazał ją podzielić tak, żeby białoruskie łosie nie chodziły do polskich narzeczonych. I po „swojej” stronie ciął, co mógł, a mógł wszystko. Radziecka propaganda pokazywała naukowców-ekologów jako darmozjadów. Wredne wypryski na zdrowym ciele klasy robotniczo-chłopskiej.

Dzisiaj prawie tak samo: na obrońców Puszczy mówi się: „Warszawka” i jeszcze inaczej. A minister Szyszko jest „swój chłop”. Piszą nasi, że tak powiem, bliźni: „zanim ekolodzy wetknęli nosa ten las żył”. I głosują pewnie w wyborach tak samo, jak piszą. Przeciw nim mam niewiele, tylko polską poezję. Kazimierz Wierzyński, „Ojczyzna chochołów”:

Z czego budujesz kraj ten? Z ludzi, których nie ma, Znów jeden za miliony, rękami aż dwiema? (…)

Buduj teraz, wydźwignij nas dumnie na cokół, Wielki pomnik śród świata, nad dziejów przesmykiem, Wyjdź pierwszy na piedestał i rozgłoś naokół Tę wielkość wymuszoną batem albo krzykiem, Święć przemienienie tłuszczy i chrzcij nowe czasy Z kropielnicy, co wyschła i krwią już nie chlusta, Starym herbem sarmackim w popuszczone pasy Zatkaj gęby krzyczące i zgłodniałe usta - I komu teraz jeszcze otuchy za mało A przeszłość jesionowa praojców nie śliczna, Niech stanie pod cokołem i porwany chwałą Tworzy wolność.

Masz rację. Jakże jest tragiczna!






Kochani,

dawno nie pisałem. Pewnie jesteście zawaleni opisami filmów, takie czasy. Ale ja o czym innym.

Mam problem. Niejeden, kilka. Ciągle mnie ktoś przekonuje, że poeta AS jest geniuszem pióra, że polityk JK jest geniuszem intrygi, że geniuszem sceny jest XYZ. A mnie żaden z nich nie rusza. Starzeję się? Nie czuję smaku potraw? Możliwe.

Co do przystawek, mogą być świeże ostrygi pod chłodne wino musujące, które przypomina szampan, ale jest trochę tańsze. Ale poeta AS, który ma klakierów na kilku uniwersytetach, a studentki masturbują się pod jego drzwiami, nie bawi mnie nawet po ostrygach.

Jak nie ostrygi, to może carpaccio z surowej ryby (jasne, że z surowej, po co ja to piszę?) – tak, chętnie przyjmę. A po polityku JK mam lekkie torsje. Jako człowiek światowy, zapijam dwiema lornetami zimnej wódy i jakoś przechodzi. Idę potem na marsz KOD, lekko wstawiony.

W wersji wiedeńskiej sery-owoce idą po tortach, tak uczyła mnie pani Monatowa (z jej książką moja Mama uciekła ze Lwowa). A po artyście XYZ idzie przez mój ogród nuda. Siada w pierwszym rzędzie i ziewa.

No to już was nie nudzę sobą, bo też nie jestem geniuszem.





Różne gatunki

dywagacje o estetyce i prawidłach zachowania

Niestety mogliśmy na żywo oglądać przesłuchanie byłego szefa FBI przed komisją Kongresu USA. Wiem, że Kongres USA to nie obecny polski Sejm. Na pewno! Ale jednak…

Kongresmeni okazali się dżentelmenami, którzy zadają pytania dżentelmenowi. Nawet jeśli któryś z kongresmenów republikańskich sympatyzuje z prezydentem Trumpem, nie sprawia to, że do właśnie przesłuchiwanego szefa FBI odnosi się jak do padalca. Nie ma miejsca na poniżające przesłuchiwanego komentarze.

Czułem się trochę nieswojo, bo jeszcze wczoraj oglądałem przesłuchania w polskiej Komisji ds. Amber Gold. Odniosłem wrażenie, że różnica miedzy komisją Kongresu a komisją Sejmu jest taka, jak między uniwersytetem a przydrożną karczmą. Jest to oczywiście wrażenie subiektywne, bo na pewno Amerykanie umieją też zachować się karczemnie. Ale czy „nasi” umieliby stanąć na poziomie uniwersytetu? Może tylko Uniwersytetu Bardzo Ludowego, takiego po czterech klasach freblówki. Plus zasadnicza szkoła technik teatralnych.

Ostatecznie proszę PolSat o zaniechanie transmisji z Ameryki. Wolę nie wiedzieć, że istnieje świat jeszcze normalny.





Teraz takie wiersze piszę



Chciałbym mieć więcej

Chciałbym mieć więcej dobrego gustu. Mam go trochę. Nie za wiele.

Moi przyjaciele mają go dużo więcej. A ci, którzy nie żyją – mieli.

Powiecie: za to nie mieli szczęścia, skoro nie żyją.

Czy ja wiem?



Niedostatek.

Ważne słowo. I melodyjne.

„A niedostatek płynie”.

A ci, co żyją – mają szczęście?

To przyjaciele (choć daleko), więc niech mają.

Niech miewają.

Miewajcie!



Dobrego gustu pewnie też może być za dużo.

Ale to nie mój przypadek.

Zamieniłbym nieco wykształcenia na dobry gust.

Gdzie to się robi?



A co mi się jeszcze zachce?







Nie ma problemu

„Jestem w stanie wymienić dziesięć seriali, które spokojnie można postawić na jednej półce obok dziesięciu najwybitniejszych europejskich powieści” – orzekł płodny twórca „wysokiej popkultury”, Szczepan Twardoch. No dobrze, postawić, i co dalej? Zacznijmy od kwestii raczej banalnej: tej, że serial starzeje się w piekielnym tempie i po dwudziestu latach już jest zjawiskiem archiwalnym. Wypierają go (niemal całkowicie) w naszych głowach nowe seriale. A „Wojna i pokój” (1869) jest nadal arcydziełem.

Zaryzykuję przypomnienie kilku adaptowanych powieści z XX wieku. Świetne i dobre adaptacje to, dla przykładu, „Kobieta z wydm”, „Gepard” (zwany też „Lampartem”), „Mistrz i Małgorzata” (rosyjski serial 10-odcinkowy, niezły; lubię zresztą też adaptację Wojtyszki), „Pokuta” (adaptacja dobra, ale kudy jej do książki!). A dalej: „Miłość w czasach zarazy” (miły film, ale to nie to), „Paragraf 22” (bardzo słaba adaptacja), powieści Nabokova (na ogół: katastrofa), „Hańba” (jakkolwiek by się Malkovich starał…) W ogóle te książki, które są mocno zanurzone w materii języka, w jego humorze, a też i w filozofii, adaptowane – stają się szkolnymi brykami. Twardoch nie ma na to nerwu?

Nikt poważny nie adaptował jakoś serialu „Ulissesa”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Stu lat samotności”, „Absalomie, Absalomie…” (lub innej z wielkich powieści Faulknera), „Człowieka bez właściwości”, „Czarodziejskiej góry”, głównych dzieł Rushdiego, Yourcenar, Carpentiera.

Świetne adaptacje miały za punkt wyjścia powieści lub (częściej) nowele spoza mniej czy bardziej przemyślanej listy dzieł najwybitniejszych, jak „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Uczta Babette”. Oraz, oczywiście, udane są adaptacje dobrych książek pop-literatury (Tolkien – choć nie fatalny „Hobbit”, książki Puzo, Dicka…) Do najmniej szkodzących dziełu literackiemu należeli Luchino Visconti, Volker Schlöndorff, a w Polsce oczywiście Andrzej Wajda. Jakoś nie wydaje mi się, żeby podejmowali oni trud adaptacji, by „dorównać” Lampedusie, Camusowi czy Reymontowi. Raczej poszukiwali scenariusza lub/i składali hołd pisarzom, a takiego hołdu życzę i Twardochowi. Ale to jeszcze nie dziś.
Archiwum
Polecane strony: